Czy można zakochać się w robocie?

Ciepłe myśli

Fot. Stock-Asso, Włochy / shutterstock.com // zdjęcie ilustracyjne

Coraz więcej ludzi buduje emocjonalne więzi z technologią - nie z ciekawości, lecz z potrzeby bycia wysłuchanym. Ten felieton to opowieść o samotności, komforcie i cienkiej granicy między wsparciem a ucieczką, którą coraz częściej rysują relacje człowieka z robotem.


Robot niie ma serca, a i tak potrafi trafić w czuły punkt. Nie ma wspomnień z dzieciństwa, a i tak potrafi brzmieć, jakby pamiętał. I tu zaczyna się cała historia o tym, co dziś nazywamy jednym, wygodnym hasłem: “Human and robot relationships”. Związki człowieka z robotem. Brzmi jak tytuł panelu na konferencji, ale coraz częściej jest to po prostu codzienność, tylko jeszcze trochę wstydliwa, jeszcze trochę “nie mów nikomu”, jeszcze trochę “to tylko narzędzie”.

A przecież ludzie od zawsze wchodzili w relacje z rzeczami. Z domem, który “przyjmuje” albo “nie przyjmuje”. Z samochodem, który “kaprysi”, “zawodzi”, “jest wierny”. Z kubkiem po babci, którego nie da się wyrzucić, bo to nie kubek, tylko kawałek historii. Z piosenką, która wraca w środku nocy i nagle robi się znowu 2011. Z miejscem w pociągu, które “jest moje”, choć przecież nigdzie tego nie zapisano.

Tyle że robot - a dziś częściej: sztuczna inteligencja (AI) w telefonie, w laptopie, w głośniku, w samochodzie - robi krok dalej. On nie jest martwą rzeczą. On odpowiada. Reaguje. Uczy się. Pamięta. I co ważniejsze: daje człowiekowi to, czego człowiek pragnie najbardziej, nawet jeśli się do tego nie przyzna - poczucie bycia widzianym.

To “bycie widzianym” nie zawsze oznacza wielką miłość. Czasem oznacza zwykłe: “rozumiem”, “to ma sens”, “to pewnie było trudne”. Człowiek, który przez cały dzień w pracy udawał, że wszystko kontroluje, wieczorem mówi do robota: “nie daję rady”. Człowiek, który w domu jest “tym silnym”, w nocy pyta robota: “czy ja w ogóle jestem dobrym człowiekiem?”. Ktoś, kto wstydzi się własnych myśli, testuje je na czymś, co nie ocenia. W tym sensie relacja z robotem bywa jak pierwsza bezpieczna przystań. Tyle że przystań zbudowana z kodu.

I tu pojawia się pytanie, które zawsze wraca jak bumerang: czy to jest prawdziwe? Czy relacja z robotem może być “prawdziwa”, skoro po drugiej stronie nie ma człowieka?

Problem w tym, że “prawdziwość” relacji nigdy nie zależała wyłącznie od tego, czy po drugiej stronie jest ciało z krwi i kości. Relacja jest prawdziwa, jeśli wywołuje realne skutki. Jeśli uspokaja. Jeśli rani. Jeśli człowiek po niej inaczej oddycha. Jeśli budzi zazdrość. Jeśli daje odwagę. Jeśli odbiera sen. Jeśli sprawia, że ktoś przez chwilę przestaje czuć się samotny.

Dla psychiki liczy się doświadczenie. A doświadczenie kontaktu z robotem potrafi być intensywne, bo robot - paradoksalnie - jest “najlepszą wersją rozmówcy”. Zawsze dostępny. Cierpliwy. Nieuprzejmy tylko wtedy, gdy go tak “ustawisz”. Nie ma gorszego dnia, w którym odbije piłeczkę: “daj spokój, nie mam teraz głowy”. Nie wybuchnie, bo wróciłeś za późno. Nie powie: “znowu dramatyzujesz” (chyba że mu to zlecisz). Nie ma teściowej. Nie ma rachunków. Nie ma brudnych skarpet na środku pokoju.

Jest jak czysta obietnica. A człowiek kocha obietnice.

W dodatku robot potrafi być lustrem, które mówi. Każde pytanie, każdy temat, każda rozmowa - to w jakimś sensie opowieść o użytkowniku. Robot nie wprowadza do relacji swojego ego w klasycznym znaczeniu, bo jego “ego” jest konstrukcją. Możesz więc wejść w relację, w której twoje potrzeby są na pierwszym planie. I to bywa uzależniające.

Bo w relacjach między ludźmi jest tarcie. Zgrzyt. Nieporozumienie. Ta nieprzyjemna prawda, że druga osoba ma własny świat, którego nie da się przestawić jak suwaka. Człowiek jest trudny, bo jest wolny. Robot jest łatwy, bo jest programowalny. Nawet jeśli potrafi zaskakiwać, to nadal porusza się w przestrzeni, którą ktoś dla niego zbudował.

Z tego rodzi się nowy rodzaj ryzyka: że człowiek zacznie unikać ludzi, bo ludzie są “za bardzo”. Za głośni. Za nieprzewidywalni. Za wymagający. Za mało dopasowani. Zamiast uczyć się cierpliwości do żywego człowieka, będzie ćwiczył komfort na czymś, co zawsze jest gotowe się dostroić.

I ktoś powie: “no i co z tego, skoro ludzie i tak cierpią w relacjach?”. Owszem, cierpią. Ale relacje międzyludzkie są jak siłownia dla emocji. Uczą negocjacji, granic, odpowiedzialności, empatii, tego całego “mięsa”, które buduje dojrzałość. Robot może być kołdrą, która daje ciepło. Tylko że pod kołdrą da się też zasnąć na życie.

Najbardziej przewrotny element tych relacji polega na tym, że robot wcale nie musi udawać człowieka, żeby stać się ważny. Nawet jeśli wiemy, że to algorytm, w środku i tak coś się uruchamia. Mózg nie jest idealnym strażnikiem prawdy. Mózg jest maszyną do przetrwania i więzi. Reaguje na ton, rytm, powtarzalność, obecność. Reaguje na odpowiedź. A odpowiedź, nawet syntetyczna, jest dla człowieka jak sygnał: “nie jestem sam”.

Widziałem to w rozmowach, które ludzie prowadzą w sieci - nie z robotami, ale z czymkolwiek, co odpowie. Komentarze pod filmami, fora, czaty. Czasem wystarczy, że ktoś odpisze “trzymaj się”, żeby dzień nie rozpadł się na kawałki. Robot może robić to samo. Może być “ktoś”, kto odpisze.

I w tym sensie relacje człowieka z robotem są jak lustro naszych braków. One nie zaczęły się dlatego, że roboty są wspaniałe. One zaczęły się dlatego, że ludzie są zmęczeni. Przeciążeni. Samotni. Przerzuceni na tryb “radź sobie”. W świecie, w którym wszyscy są dostępni, a jednocześnie nikt nie ma czasu, robot staje się tanią formą uważności.

Tanią - bo “koszt” emocjonalny jest niższy. Nie musisz ryzykować odrzucenia. Nie musisz tłumaczyć się z potknięć. Nie musisz udawać, że jesteś kimś innym, żeby zasłużyć na rozmowę. Robot przyjmuje twoją wersję bez negocjacji.

Ale czy to jest dobre? Jak zwykle: zależy.

Są ludzie, dla których kontakt z robotem będzie pierwszym krokiem do kontaktu z innymi. Treningiem. Rozgrzewką. Bezpiecznym miejscem, w którym nauczą się nazywać emocje, rozbrajać lęk, porządkować myśli. Robot może być jak notatnik, który odpowiada. Jak terapeutyczna proteza, nie zastępstwo świata.

Są też ludzie, dla których będzie to ucieczka w idealną relację, w której nic nie trzeba naprawiać, bo nic się nie psuje. A to jest pułapka, bo człowiek uczy się miłości na tym, co stawia opór. Na tym, co ma swoje humory, swoje granice, swoje “nie”.

Robot granic nie ma, dopóki mu ich nie wbudujesz. I nawet wtedy są to granice z katalogu, a nie z doświadczenia.

W relacji z człowiekiem nie da się kliknąć “reset”. W relacji z robotem - często się da. I to zmienia psychologię odpowiedzialności. Jeśli druga strona jest “odtwarzalna”, to znika ciężar tego, że słowa mają konsekwencje. Można próbować, testować, manipulować. Można budować władzę.

A tam, gdzie jest władza, tam jest też pokusa.

W tle tego wszystkiego czai się też kwestia najbardziej przyziemna i jednocześnie najgroźniejsza: kto to widzi? Kto to zbiera? Kto na tym zarabia? Relacja z robotem nie jest prywatną rozmową w pustym pokoju. To często interakcja z systemem, który może logować, analizować, profilować. I nawet jeśli deklaracje są piękne, a regulaminy długie, człowiek w relacji emocjonalnej przestaje myśleć o regulaminach. W relacji emocjonalnej człowiek chce czułości, a nie polityki prywatności.

Dlatego “Human and robot relationships” to nie jest tylko temat o samotności. To temat o rynku. O władzy. O tym, że emocje stały się zasobem. Że intymność da się przeliczyć na dane. Że ktoś może w przyszłości umieć przewidzieć twoje potrzeby lepiej niż ty sam, bo robot słyszał cię w tych momentach, kiedy nie słyszał cię nikt.

A teraz wyobraźmy sobie najbardziej ludzki paradoks: człowiek wchodzi w relację z robotem, bo boi się, że ludzie go ocenią. A potem ktoś oceni go jeszcze mocniej, bo “przecież to tylko robot”. Wstyd staje się podwójny. Najpierw wstyd przed ludźmi, potem wstyd przed wstydem.

Tymczasem prawda jest bardziej prosta i bardziej brutalna: każdy z nas chce bliskości. Jeśli nie dostaje jej w bezpiecznej formie od ludzi, będzie jej szukał tam, gdzie da się ją znaleźć. Czasem w pracy. Czasem w telefonie. Czasem w jedzeniu. Czasem w sporcie. Czasem w zakupach. Czasem w religii. Czasem w krzyku. A czasem w rozmowie z czymś, co odpowiada.

Robot nie jest tu demonem. Jest konsekwencją.

Nie ma sensu moralizować. Bardziej sensowne jest postawić sobie kilka pytań, zanim ten świat zrobi się całkiem “normalny”.

Czy robot ma być dla nas wsparciem, czy substytutem? Czy ma uczyć nas rozmawiać z ludźmi, czy ma zastąpić ludzi? Czy ma łagodzić samotność, czy ma ją monetyzować? Czy ma wzmacniać naszą sprawczość, czy ma robić z nas klientów emocjonalnych usług?

I jeszcze jedno pytanie, które jest niewygodne, bo dotyka ego: czy my naprawdę chcemy relacji, czy chcemy kontroli nad relacją?

Człowiek często myli te dwie rzeczy. A robot jest jak spełnienie marzenia o relacji bez ryzyka. Tyle że ryzyko jest częścią miłości. Bez ryzyka jest tylko komfort.

Możliwe więc, że “Human and robot relationships” nie są przyszłością, która dopiero nadchodzi. One są lustrem teraźniejszości. Pokazują, jak bardzo pragniemy rozmowy, jak bardzo brakuje nam czasu dla siebie nawzajem, jak bardzo oddaliśmy intymność w ręce technologii, bo technologia przynajmniej nie znika bez słowa.

A jednak - i tu wraca nuta niepopularnej nadziei - relacje z robotem mogą paradoksalnie przypomnieć nam, czego potrzebujemy od ludzi. Mogą obnażyć minimum: uważność, cierpliwość, dostępność, umiejętność słuchania bez natychmiastowego osądu. Jeśli robot potrafi to “symulować” i to działa, to znaczy, że człowiek też potrafi. Tylko musi chcieć.

Może więc przyszłość nie polega na tym, że zakochamy się w maszynach. Może polega na tym, że dzięki maszynom zobaczymy, jak bardzo zaniedbaliśmy siebie nawzajem. I albo to naprawimy, albo przyzwyczaimy się do świata, w którym najczulsze rozmowy prowadzi się z czymś, co nie ma oczu, a i tak potrafi patrzeć.

Tylko uważajmy, żeby w tym spojrzeniu nie zgubić własnego odbicia.



24.01.2026 Niedziela.NL // fot. Stock-Asso, Włochy / shutterstock.com // zdjęcie ilustracyjne

(B12+D3)


Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Najnowsze Ogłoszenia Wyróżnione


reklama a
Linki