Ciepłe myśli na holenderską niedzielę: Jajka od miejscowego hodowcy (cz.181)

Ciepłe myśli

fot. Agnieszka Steur

Ciepłe myśli na holenderską niedzielę, czyli cykliczne spotkania przy porannej kawie

Agnieszka Steur

Jajka od miejscowego hodowcy

Będąc ostatnio na zakupach, zerkałam jak zawsze na zapisaną kartkę. Konieczne, aby nie zapomnieć, co chcę kupić. Tak to już jest, jeśli nie zapiszę, z pewnością zapomnę o czymś ważnym. W pewnej chwili mój

wzrok spoczął na jagodach. To jeszcze nie sezon, pewnie będą bez smaku. Kraj pochodzenia: Polska. Jagody w marcu, to nie może być smaczne, ale są z Polski. Z Polski! Nie mogłam się oprzeć. Wrzuciłam do koszyka. Ciekawe skąd są maliny? A skąd banany? Zaczęłam przyglądać się skąd pochodzą inne produkty. Praktycznie każdy z innego miejsca na świecie. Nie znalazłam już niczego z Polski, ale nie potrafiłam się nadziwić. Pomidory z Maroka, pomarańcze z Hiszpanii, awokado z Kolumbii, Granaty z Peru i szczypiorek z Egiptu … mogłabym tak wymieniać bez końca.

Ale co jest miejscowe? Znalazłam jabłka z Holandii i jeszcze gruszki, reszta zagraniczna.

Przecież wiadomo, że to co przebyło mniejszą drogę, by znaleźć się na moim stole, jest lepsze. Prawda? Niektóre z owoców i warzyw przebyły dosłownie pół świata, abym mogła je kupić. Z jednej strony jest to fascynujące, ale z drugiej trochę niepokoi.

Zaczęłam się zastanawiać, czy mogę kupić coś bardzo miejscowego. Coś, co jest naprawdę stąd. I nie mam na myśli nawet kraju, ale region. Czy mogę nabyć coś, co może do mnie dosłownie przyjść, nie musi podróżować.

Jak to zazwyczaj w życiu bywa, gdy zaczyna się szukać odpowiedzi na tego typu pytania, często pojawiają się prawie same.

W ubiegły wtorek wracałam z spotkania. Nie musiałam długo iść, znam dobrze drogę prowadzącą do mojego domu, ale z jakiegoś powodu, nie wiem, dlaczego, skręciłam w ulicę za daleko. Nie przejęłam się tym bardzo, bo wiedziałam, gdzie się znajduję. Nie zgubiłam się, szłam tylko równoległą drogą do tej, którą zazwyczaj chodzę.

Przechodziłam właśnie obok bramy dużego domu. Stał nieco dalej od drogi i moją uwagę zwrócił jego piękny wiklinowy dach. W Holandii nie jest to coś niezwykłego, ale ten musiał niedawno być wymieniony, ponieważ wiklina wyglądała na jeszcze nienaruszoną deszczem. Patrzyłam na piękny ogród i nagle mój wzrok zatrzymał się na niebieskiej tablicy zaraz przy bramie. Białą kredą napisano na niej, ile kosztuje 6 a ile 10 jajek i że pieniądze za nie mogę wrzucić do skarbonki. Obok tablicy pod daszkiem stał kosz z jajkami a obok niego pudełka na jajka. Przeszukałam wszystkie kieszenie, ale nie znalazłam nawet jednego euro. Obecnie w wielu sklepach bardzo często sprzedawcy nie chcą przyjmować pieniędzy, wolą, aby płacić kartą. Z tego powodu prawie nigdy nie mam przy sobie gotówki. Nie potrzebuję… do tej chwili. Teraz potrzebowałam.

Postanowiłam, że następnym razem, gdy będę tędy szła, specjalnie znów zboczę ze znanej trasy i kupię jajka. Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Miałam wyliczoną kwotę. Kucnęłam przy koszu, włożyłam do pudełka 10 jajek i odpowiednią kwotę wrzuciłam do skarbonki. Nikt do mnie nie podszedł, nie widziałam nikogo. Zachwyciłam się zaufaniem miejscowego hodowcy do przechodniów.

Kury, które zniosły te jajka mieszkają bardzo blisko mnie. Nie wiem, czy to siła mojej wyobraźni, ale jajecznica z nich zrobiona była o niebo lepsza od tej z jajek sklepowych.

Moja przygoda i odkrycie tak bardzo mi się spodobały, że postanowiłam częściej zbaczać ze znanych mi dróg i poszukać, czy w okolicy nie ma więcej podobnych miejsc. Może ktoś gdzieś sprzedaje pomidory lub jabłka? Kto wie co jeszcze znajdę.


Widzimy się za tydzień... przy porannej kawie.

Agnieszka


28.03.2021 Niedziela.NL // fot. Agnieszka Steur

(as)


Najnowsze komentarze

Wiadomości

Error: Any articles to show